Inspiracje - pokój dla chłopca

Franek coraz więcej czasu spędza w swoim pokoju. Czas pomyśleć o jego urządzeniu.

Grecja moja miłość

Nie jest tajemnicą, że lubię Grecję. Wręcz uwielbiam. Moja miłość do tego kraju nie ma logicznego...

Wtedy opuścił ją Bóg i opętał diabeł...

Szczęśliwi Ci, którzy odkryją pasję swojego życia. Szczęśliwi Ci, którzy mają wsparcie najbliższych w realizacji swoich pasji.

Tablica kredowa krok po kroku

Pomału, krok po kroku urządzamy pokój Franciszka. Problem w tym, że ogólna koncepcja jego aranżacji cały czas ewoluuje.

Pop up restaurant. Co proszę?

Ostatnio pozazdrościłam koleżance jej własnej knajpy, po tym jak na jej profilu społecznościowym zobaczyłam zaproszenie do Polka Bistro.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Cip, cip, cip moje świnki

i spółka; "Nie ma mocnych" Sylwestra Chęcińskiego
Śmiem domniemywać, że wszyscy lub prawie wszyscy widzieli scenę z filmu "Nie ma mocnych" Sylwestra Chęcińskiego, w której wnuk Pawlaka na świnki woła cip, cip, cip.









Jeśli nie to przytaczam wspomniany fragment.

Mania – Oj, synku!
Kargul - / patrząc na samochód/  A ja jaj.
Wanda-żona Pawła – Co nie podoba się?
Kargul – Gdzież tam, ładny. O, tylko żeby on tego nie widział!
Paweł – Kiedy pogrzeb?
Mania – Hm, A  mnie skąd wiedzieć?
Paweł – Jak to?
Mania – Nie znasz ojca, przecież sam o wszystkim chce decydować.
Wanda – Przecież nie żyje!
Mania – A ktoż to Wandzi powiedział?
Paweł – Myśmy dostali, że umarł.
Mania – Mołożenciu, przecież ja napisałam umierający!
Kargul – A ludziska powiadają, że poczta u nas powolna.
Paweł – Złożę reklamację!   Marek, zostaw.
Wanda – Głupia sprawa.
Mania – Nic tylko na was czeka i o Anię pyta.
Paweł – Serce?
Mania – Komisja.
Paweł – Jaka komisja, co mama.
Wanda – Chyba konsylium.
Mania – Komisja rolna była, obejrzeli gospodarkę ojca i powiedzieli, że on nie przyszłościowy.
Paweł – Dlaczego?
Mania – Że już stary i następców nie ma.
Marek – Cip, cip,cip,cip,cip,cip,cip,cip.
Mania – Mareczku, przecież to są świnki.
Wanda – Co się mama dziwi.
Mania – Dobrze, że on tego nie widzi.

i spółka; "Nie ma mocnych" Sylwestra Chęcińskiego

Mój synek nie będzie miał problemu z odróżnieniem świnki od kurki, chociaż mogę się mylić;) Na pewno będzie rozpoznawał kury i koguty. Z bardzo prostego powodu. Na naszej krótkiej trasie spacerów doliczyłam się pięciu podwórek, na których dumnie paradują kury. Na długiej jeszcze więcej. Dla przypomnienia mieszkam we Wrocławiu. Ponadto widujemy indyki, pawie, kaczki, jelonki i owce. Nie przez przypadek jak mieszkałam w tej okolicy na studiach koledzy mówili, że mieszkam tam gdzie psy d....i szczekają. To i tak lepiej niż moja koleżanka. Ona podobno mieszkała tam gdzie wiatr ma zajezdnię.

A najlepsze w tym to, że moje regiony to teraz prawie centrum Wrocławia;) 





wtorek, 8 kwietnia 2014

Wyprawka do szpitala

i spółka; Wyprawka do szpitala
Moja walizka, którą przygotowałam do szpitala była mniej więcej wielkości jak na zdjęciu. Jako adeptka szkoły rodzenia i użytkowniczka internetu byłam wyedukowana w temacie, co koniecznie musi się w niej znaleźć. Ku mojemu zaskoczeniu pielęgniarka przyjmująca mnie na patologię ciąży była odmiennego zdania. Jej krzyk, że chyba oszalałam rozniósł się szerokim echem po korytarzach oddziału. Co ja sobie myślę? Kto tę walizkę później będzie za mną nosił jak pójdę na porodówkę? Co za głupoty im mówią na tych szkołach rodzenia? Jak się później okazało, ta Pani była samotną wyspą wśród przemiłego personelu oddziału. Dziewczyny były bardzo ciekawe, na którą ona się tak darła. Tak się złożyło, że w tym momencie na korytarzu nie było żadnej pacjentki. Później im powiedziałam, że to mnie tak czule przywitano;)

Prawdą jest, że z oddziału patologii może być długa droga na porodówkę. Ja się o tym przekonałam. Po co więc na patologii ubranka dla dziecka? No chyba, że matka jest sama i nie będzie miał, kto jej dowieźć.

Prawdą też jest, że trzeba sprawdzić czy po porodzie oddział nie gwarantuje swoich ubranek dla dzieci i wystarczy mieć tylko komplet na wyjście. U mnie tak było. Co prawda jak leżeliśmy na oddziale poporodowym to korzystałam ze swoich ubranek, ale jak małego przenieśli na neonatologię to już sobie darowałam? Tam dzieci kąpano codziennie. Codziennie musiałabym warować, żeby nie pomylono ubranek i nie zabrano do pralni szpitalnej. Szkoda było i mojego i pielęgniarek zachodu.

Na wielu stronach można znaleźć informacje, że to się może przydać, a to zupełnie nie. Byłabym ostrożna z sugerowaniem się tymi informacjami. Dlaczego? Weźmy mój przykład. Po porodzie rozmawiałam z dziewczynami, które się zastanawiały, dla kogo produkują podpaski poporodowe wielkości dywanu. One miały tak małe krwawienie, że zwykłe podpaski wystarczały, albo nawet wkładki.  Produkują je dla kogoś takiego jak ja. Ja nie nadążałam ich zmieniać. Raz ledwo, co wzięłam prysznic, ubrałam się w czyste rzeczy i po chwili miałam przeciek. Po karmieniu to już musowo lądowałam od razu w toalecie. Piszę o tym gdyż na jednej ze stron znalazłam informację, że szkoda na nie pieniędzy. Ja miałam za mało. Mąż mi jeszcze dowoził.

Czytałam jeszcze, że wkładki laktacyjne nie są potrzebne. Jak komu. Jak ich nie włożyłam miałam od razu mokrą koszulkę. 

Przy cesarskim cięciu bardzo mi się przydały majteczki z siateczki. Były przewiewne, rana ładnie się goiła. Co prawda ja je opuszczałam razem ze spodniami tak nisko, żeby wcale nie przykrywały rany.

Niestety wszystkiego nie da się przewidzieć. Najważniejsze to mieć wśród najbliższych osobę, która w razie potrzeby  zareaguje na nasz sygnał SOS i dowiezie co trzeba;) 






poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nowa praca, nowe wyzwania, nowe możliwości

i spółka; Nowa praca, nowe wyzwania, nowe możliwości
Ostatnie tygodnie były dla nas stresujące. Nowa praca to zawsze wielka niewiadoma. O tyle dobrze, że na tym etapie zmianie pracy nie towarzyszy strach przed nieznanym. Jest za to szansa, że w nowej pracy czekają na nas nowe wyzwania, nowe możliwości, które dadzą nam szansę na zdobycie nowych kompetencji i umiejętności.

Dla wyjaśnienia nie chodzi o mnie, ale o mojego męża. Dzięki zmianie przez niego pracy coś zyskamy, coś stracimy. Jak to zwykle bywa.

Trzymam kciuki. Dzisiaj jest jego pierwszy dzień.





niedziela, 6 kwietnia 2014

Paella z kurczakiem i dorszem

i spółka; Przepis na paellę z podudziami z kurczaka i płatami dorsza
Było świątecznie i po włosku, teraz proponuję akcent hiszpański, czyli paellę z kurczakiem i dorszem.

Na wyjazd do Hiszpanii chwilowo nie mamy szans. Możemy sobie tylko pomarzyć. Pozostaje nam hiszpańska kuchnia i wino.







Składniki na 4 porcje:

  • 4 udka z kurczaka,
  • 2 płaty dorsza,
  • 1 czerwona papryka,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 3 średnie marchewki,
  • 150 g mrożonego groszku,
  • 170 - 200 g ryżu arbrio,
  • 1 litr bulionu drobiowego,
  • 3 łyżki oliwy,
  • 50 g masła,
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki,
  • 1/3 łyżeczki ostrej papryki,
  • por według uznania,
  • sól i pieprz.

i spółka; Przepis na paellę z podudziami z kurczaka i płatami dorsza


Przygotowanie

  • Podsmaż podudzia z kurczaka na oliwie z dodatkiem masła.
  • Wyjmij kurczaka. 
  • Na oliwie po kurczaku podsmaż pokrojony czosnek, paprykę i marchewkę. Czas smażenia około 2-3 min.
  • Dodaj ryż. Smaż ryż, aż stanie się przezroczysty. Dodaj słodką i ostrą paprykę w proszku. Wymieszaj. Dodaj odłożone podudzia z kurczaka i zalej gorącym bulionem. Gotuj 15 min pod przykryciem, na małym ogniu. 
  • Dodaj groszek i rybę oraz por według uznania. Nie mieszaj. Gotuj kolejne 5 min. 

i spółka; Przepis na paellę z podudziami z kurczaka i płatami dorsza

I gotowe według RB.

Smacznego





sobota, 5 kwietnia 2014

Skąd u dzieci to się bierze?

To jest niepojęte, skąd u dzieci to się bierze? Czasami patrzę na małego jak na kosmitę. Na to, co on wyprawia. Słyszałam o takim zachowaniu jak jego, ale u starszych dzieci, sądziłam, więc, że jest ono konsekwencją przebywania w towarzystwie innych dzieci. A guzik prawda. Nie wiem jak inne dzieci, ale mój potrafi się położyć na podłodze, ryczeć i pukać rączkami w podłogę. Normalny spektakl. Można usiąść wygodnie z kawką w ręce i obserwować. Tak długo oczywiście aż ci nerwy nie puszczą;) Istny Holoubek. Nie byłoby to takie fascynujące gdyby nie jego wiek - 13 miesięcy, a przecież te popisy aktorskie prezentuje już od ładnych kilku miesięcy. Jak się do niego nie podchodzi to popis zamienia się w tragedię w trzech aktach. Aktualnie jak wiem, że się nie uderzył i jest to tylko wymuszenie przywołuję go do siebie. W takim przypadku przesuwa się pomału w moja stronę, co jakiś czas robiąc kolejną próbę generalną. Aż do szczęśliwego lądowania w moich ramionach. Widzieliśmy z mężem już różne cuda. 

i spółka; Skąd u dzieci to się bierze?
Fajnie jest

Nieustannie zadaję sobie pytanie skąd mu się to wzięło. Przecież z mężem nie kładziemy się na podłodze i nie pukamy rękami próbując coś wymusić. Nie widział też tego u innych dzieci. Prawdziwe uzdolnienia aktorskie.
 
i spółka; Skąd u dzieci to się bierze?
Gorzej
Wcześniej jego uzdolnienia aktorskie objawiały się w kaszlu. W pewnym momencie skołowaciałam. To jest chory czy nie jest? Aktualnie jak chce zwrócić naszą uwagę to udaje, że się zachłysnął. To byłoby śmieszne, gdyby nie historie, których się nasłuchałam. Jak to rodzice nie reagowali na zachowanie dzieci uważając, że są to dalej ich wygłupy, a to był już początek tragedii.
 
i spółka; Skąd u dzieci to się bierze?
Ile będę czekał?


Szaleństwo.





piątek, 4 kwietnia 2014

Zespoły rozproszone - czynniki wpływające na sukces projektu

i spółka; Zespoły rozproszone - czynniki wpływające na sukces projektu

Wczoraj byłam na spotkaniu pod szumnym tytułem Zespoły rozproszone - czynniki wpływające na sukces projektu. Spotkanie zostało zorganizowane przez Dolnośląską Grupę Regionalną International Project Management Association Polska. Pierwsze spostrzeżenia? Dlaczego ja wcześniej nie chodziłam na ich spotkania? Tak to już jest. Teraz mam szczerą nadzieję, że nie opuszczę kolejnych. Jak to mówią pożyjemy, zobaczymy.

Skąd moja obecność na spotkaniu? Jakieś 2 lata temu ukończyłam studia podyplomowe pt. Zarządzanie projektem badawczym i komercjalizacja wyników badań na Politechnice Wrocławskiej. W ramach projektu mieliśmy możliwość podejść do egzaminu IPMA na poziomie D. Oczywiście skorzystałam z tej okazji. Jak by inaczej? Piszę o tym tylko, dlatego, że uzyskałam certyfikat. Gdybym oblała, nie byłabym taka chętna, żeby o tym wspominać. Zdany egzamin spowodował, że stałam się członkiem IPMA Polska i jestem cyklicznie zapraszana na spotkania Dolnośląskiej Grupy Regionalnej,  której przewodzi Bogumił Dałkowski Przewodniczący Dolnośląskiej Grupy Regionalnej IPMA Polska. Pana Bogumiła miałam okazję poznać na zajęciach w ramach studiów podyplomowych. Co mogę o nim powiedzieć? Złoty człowiek o obszernej wiedzy z zakresu zarządzania projektami. 

Tematem pierwszej części spotkania była analiza kluczowych elementów odpowiedzialnych za sukces projektów realizowanych przez zespoły rozproszone. Swoimi doświadczeniami z pracy w zespołach rozproszonych w dużej organizacji podzielił się Paweł Skubiszewski. 

Podobało mi się, że na bieżąco można było zadawać pytania oraz opowiadać o swoich doświadczeniach z pracy w zespołach rozproszonych. Niektórzy uczestnicy prosili o radę jak postąpić w konkretnych sytuacjach, pytali, czy metodyka określa sposób postępowania.

Część czasu poświęcone było ćwiczeniom praktycznym w jednym z nich brałam udział. Prawdą jest, że najwięcej korzysta się biorąc udział w ćwiczeniach, ale po roku spędzonym w domu z dzieckiem myślałam, że umrę;)

Wartością dodaną spotkania było poznanie nowych ludzi to raz, spotkanie ze znajomymi to dwa, wyjście z domu to trzy, zdobycie nowej wiedzy to cztery. Ponadto zaimponował mi sposób wypowiedzi niektórych uczestników spotkania. Spokojny ton, jasność wypowiedzi, argumentacja, umiejętność wyciągania wniosków. Naprawdę, aż miło było słuchać.


Następne spotkanie za około 2 miesiące.





In vitro - dobre wibracje to połowa sukcesu

- Nauczyłem się czegoś ostatnio: prawdziwi przyjaciele to ci, którzy są przy tobie, gdy dobrze ci się wiedzie. Dopingują cię, cieszą się z twoich zwycięstw. Fałszywi przyjaciele to ci, którzy pojawiają się tylko w trudnych chwilach, ze smutną miną, niby solidarni, podczas gdy tak naprawdę twoje cierpienie jest pociechą w ich nędznym życiu. Kiedy opuściła mnie Ester, natychmiast osaczyło mnie mnóstwo takich "pocieszycieli". Nienawidzę tego. 
                                                                                 "Zahir" Paulo Coelho


Gdy szykujecie się do zabiegu in vitro i jest to tajemnicą poliszynela tak jak w moim przypadku natychmiast znajdą się w Waszym otoczeniu fałszywi pocieszyciele. Na szczęście wokół mnie jakimś dziwnym trafem było ich stosunkowo mało. Co ja zrobiłam i radzę zrobić to każdej parze będącej w mojej sytuacji? Unikać spotkań. Kontakty ograniczyć do zera. Chyba, że lubicie się nad sobą użalać. Ja nie. 

i spółka; In vitro - dobre wibracje to połowa sukcesu

Muszę przyznać, że znalazłam się w dość dziwnej, żeby nie powiedzieć komicznej sytuacji. Tam gdzie potrzebowałam wsparcia musiałam przejść do obrony. Ja nie uważałam i nadal nie uważam, że konieczność poddania się zabiegowi in vitro oznacza, że zostałam w jakiś perfidny sposób ukarana przez los. Po prostu trafiło na nas. I to my musieliśmy dołożyć większych starań, żeby nasza rodzina się powiększyła. Ja powiem więcej przy całym tym stresie, niepewności, obawom i nadziei, my okazaliśmy się niebywałymi szczęściarzami. Nie byliśmy chorzy, mieliśmy odłożone fundusze na zabieg, nasze rodziny należą do tych normalnych, nie robiły sensacji gdzie jej nie było. Nie do końca było tak pięknie skoro piszę ten post. Znalazł się jeden wyjątek, kilku fałszywych pocieszycieli i teksty typu, jaka ty biedna jesteś. Biedna nie byłam nigdy i to nie chodzi o wymiar finansowy. W trakcie całego procesu nasłuchałam się tylu opowieści, że naprawdę uważam, że jestem w czepku urodzona. Podchodziłam do jednej, jedynej stymulacji, do trzech transferów. Zamiast Franka marcowego, byłby Franek wrześniowy niestety nie wyszło, ale mojego Puciunka nie zamieniłabym na żadnego innego. Udało się koniec i kropka. 

Nie na tym nie koniec. Mówiono mi, a bo ty tylko tak mówisz, a tak naprawdę... Tłumaczyłam, że nie, że nic naprawdę. Że nie jestem biedna, nie cierpię, mam duże wsparcie w lekarzu, z którym rozumiemy się jak łyse konie. Przy którym mogę się wypłakać, pośmiać, pomartwić, pozastanawiać i nie potrzebuję w tak dla mnie ważnym momencie użalania się nade mną. Tego ostatniego nie mówiłam. Nie ich sprawa. Zaczęłam się zastanawiać, co tymi osobami kieruje. Chciały wyciągnąć ze mnie jakieś mrożące krew w żyłach opowieści? Stwierdziłam, że jedynym sposobem na te osoby jest odseparowanie się od nich. Bo jeszcze mogłoby się okazać, że poddałabym się ich sugestii. Ja nie miałam ani ochoty ani czasu na udowadnianie, że nie jestem garbata. Eliminowałam wszystko i wszystkich, którzy chcieli mnie osłabić. Ja potrzebowałam siły, żeby przejść to wszystko, czego jeszcze nie byłam świadoma. Co dopiero miało nadejść. 

Odradzam również śledzenia wszelkich for internetowych w temacie in vitro. Po pierwszym transferze leżałam plackiem przez cały czas. Co było robić? Przeglądać internet. Trafiłam w ten sposób na forum gdzie dziewczyny dzieliły się swoimi przeżyciami, z założenia miały się wspierać. Czytałam, czytałam, szukałam wpisów z powodu, których na nie trafiłam. Aż w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, co ja tu robię. Przecież te dziewczyny ziały nienawiścią. Jak pojawiła się jakaś nowa dziewczyna z prośbą o wsparcie, o informację to warczały na nią, że przecież to było wcześniej niech sobie znajdzie, a tam z 1000 zakładek. Nie, to nie miejsce dla mnie. Takiego wsparcia to ja nie potrzebuję. Na pewno z założenia intencje były jak najbardziej słuszne.. Takie forum jest kolejnym miejscem gdzie można stwierdzić, że jest się szczęściarą. 

To, co napiszę teraz jest okrutne. Odradzam wchodzenia w dyskusje, rozmowy z dziewczynami, które są w tragicznej sytuacji. One szukają wsparcia gdzie są pewne, że znajdą zrozumienie. Bo gdzie jak nie wśród dziewczyn w takiej samej sytuacji jak ja go szukać. Tylko ja nie byłam na to gotowa. Tuż po wyjściu z sali zabiegowej zostałam zbombardowana strasznymi informacjami. W momencie, kiedy dopiero za kilkadziesiąt minut miało się okazać, czy moja sytuacja też nie jest tak dramatyczna.