Prawdę mówiąc, myślałam że burza z sześciolatkami w szkole, już się skończyła i temat jest zamknięty. Okazuje się, że nie. Nadal można usłyszeć, że obowiązek szkolny sześciolatków to zabieranie dzieciom dzieciństwa.
Nie mogę tego słuchać. Nie za bardzo też umiem na ten temat dyskutować. Uważam po prostu, że to stwierdzenie jest z zasady głupie. Nie chcę nikogo obrazić, więc wolę się przymknąć.
Moje doświadczenia są inne. Ja nie mogłam doczekać się pójścia do szkoły. Niestety szkoła mnie rozczarowała. Nic się nie zmieniło. Podobnie jak w przedszkolu przez pierwsze lata nauki nie musiałam się wysilać. Dopiero, jako osoba już starsza zobaczyłam, że była inna alternatywa. Mogłam pójść do szkoły jako sześciolatka. Niby, co to zmienia? Dużo. Nie ćwiczony umysł się rozleniwia. Dlatego dla mnie większym zagrożeniem jest przetrzymanie dziecka w przedszkolu, niż wysłanie za wcześnie do szkoły.
Już teraz, jak patrzę na Franka to zastanawiam się, o co tyle szumu. Wiadomo, że to jeszcze za wcześnie by wyrokować, ale mały jest taki ciekawski, z zajęć na zajęcia na Zakrzowskiej 29 widzę postępy w jego zachowaniu, że nie wyobrażam sobie aby w wieku 6 lat nie był gotowy do pójścia do szkoły. A to przecież za ponad 4 lata. Szmat czasu. Wszystko w tym czasie może się wydarzyć, a ile mały może się nauczyć?
Zdaję sobie sprawę, że szkoła to obowiązki. Raczej powinnam napisać, nowe obowiązki. No i co z tego? Pierwsza klasa to przecież nie Oxford, nie uczą w niej fizyki kwantowej. Gorzej, że są to też nowe obowiązki dla rodziców. I tu pojawia się problem. Rodzice chcą je odsunąć, jak najdalej, na jak najdłużej.
Zdaję sobie też sprawę, że o rok wcześniej pojawia się problem całodziennej opieki nad dzieckiem. W przedszkolu mamy zapewnioną opiekę przynajmniej do godziny 16.00, 17.00.
Pomijając wszystko, argumenty za i przeciw obowiązkowi szkolnemu w wieku sześciu lat, o których rozpisywano się szeroko swojego czasu, samo stwierdzenie jest bzdurne. Przecież w szkole dziecko będzie cały czas wśród rówieśników, wśród dzieci. Nikt nie będzie kazał mu z dnia na dzień wydorośleć i spoważnieć. Na etapie klas I-III szkoła to nie tylko nauka, ale i zabawa. Przynajmniej tak powinno być, więc o jakim zabieraniu dzieciństwa mówimy?
Ostatecznie, jak zawsze wszystko zweryfikuje życie. Powrócę do tego tekstu za 4 lata i dam znać, czy nadal jestem taka mądra. Kto wie, może będę chciała posłać Franka do szkoły wcześniej, w wieku 5 lat? Pożyjemy, zobaczymy.
Nie mogę tego słuchać. Nie za bardzo też umiem na ten temat dyskutować. Uważam po prostu, że to stwierdzenie jest z zasady głupie. Nie chcę nikogo obrazić, więc wolę się przymknąć.
Moje doświadczenia są inne. Ja nie mogłam doczekać się pójścia do szkoły. Niestety szkoła mnie rozczarowała. Nic się nie zmieniło. Podobnie jak w przedszkolu przez pierwsze lata nauki nie musiałam się wysilać. Dopiero, jako osoba już starsza zobaczyłam, że była inna alternatywa. Mogłam pójść do szkoły jako sześciolatka. Niby, co to zmienia? Dużo. Nie ćwiczony umysł się rozleniwia. Dlatego dla mnie większym zagrożeniem jest przetrzymanie dziecka w przedszkolu, niż wysłanie za wcześnie do szkoły.
Już teraz, jak patrzę na Franka to zastanawiam się, o co tyle szumu. Wiadomo, że to jeszcze za wcześnie by wyrokować, ale mały jest taki ciekawski, z zajęć na zajęcia na Zakrzowskiej 29 widzę postępy w jego zachowaniu, że nie wyobrażam sobie aby w wieku 6 lat nie był gotowy do pójścia do szkoły. A to przecież za ponad 4 lata. Szmat czasu. Wszystko w tym czasie może się wydarzyć, a ile mały może się nauczyć?
Zdaję sobie sprawę, że szkoła to obowiązki. Raczej powinnam napisać, nowe obowiązki. No i co z tego? Pierwsza klasa to przecież nie Oxford, nie uczą w niej fizyki kwantowej. Gorzej, że są to też nowe obowiązki dla rodziców. I tu pojawia się problem. Rodzice chcą je odsunąć, jak najdalej, na jak najdłużej.
Zdaję sobie też sprawę, że o rok wcześniej pojawia się problem całodziennej opieki nad dzieckiem. W przedszkolu mamy zapewnioną opiekę przynajmniej do godziny 16.00, 17.00.
Pomijając wszystko, argumenty za i przeciw obowiązkowi szkolnemu w wieku sześciu lat, o których rozpisywano się szeroko swojego czasu, samo stwierdzenie jest bzdurne. Przecież w szkole dziecko będzie cały czas wśród rówieśników, wśród dzieci. Nikt nie będzie kazał mu z dnia na dzień wydorośleć i spoważnieć. Na etapie klas I-III szkoła to nie tylko nauka, ale i zabawa. Przynajmniej tak powinno być, więc o jakim zabieraniu dzieciństwa mówimy?
Ostatecznie, jak zawsze wszystko zweryfikuje życie. Powrócę do tego tekstu za 4 lata i dam znać, czy nadal jestem taka mądra. Kto wie, może będę chciała posłać Franka do szkoły wcześniej, w wieku 5 lat? Pożyjemy, zobaczymy.

































